Suchacz.Eu - portal Sołectwa Suchacz


Nawigacja

Random Photo

Galerie zdjęć:

name

Content


Przetłumacz stronę


PayPal

Zegar

Pogoda

name

Content

Kalendarz

<< Wrzesień 2020 >>
Po Wt Śr Cz Pi So Ni
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30        

Reklama

Jeśli nie życzysz sobie aby jakiekolwiek dane w postaci obrazu lub tekstu były kojarzone z Twoją osobą możesz wystąpić za pośrednictwem poczty elektronicznej (msj@post.pl) lub telefonicznie (601 912910) o ich skasowanie. Zlecenie takie nie wymaga żadnego uzasadnienia.

Nawigacja

Artykuły: Warto wiedzieć

150 lat ITU

Już w najbliższą niedzielę będziemy obchodzić 150. rocznicę utworzenia Międzynarodowego Związku Telekomunikacyjnego (International Telecommunication Union, ITU) (1865 – 2015).



Biblioteki plażowe

Biblioteki plażowe


Bieszczadzka ciuchcia

Bieszczadzka cichcia


Bieszczadzka ciuchcia

Bieszczadzka cichcia


Cegielnia Hopehill

Cegielnia Hopehill-Reimannsfelde


 

Wśród licznych zakładów funkcjonujących na terenie KL Stutthof, a podlegających SS znajdowały się cegielnie, których produkcja potrzebna była władzom obozowym przy rozbudowie obozu, a także władzom zwierzchnim przy prowadzonych różnych inwestycjach na terenie III Rzeszy. Wraz ze zmianą statusu obozu Stutthof w styczniu 1942 r. i przejęciu go przez Inspektorat Obozów Koncentracyjnych (Wydział D-Głównego Urzędu Gospodarczo-Administracyjnego Rzeszy - Amtsgruppe D SS_Wirtschafts-Verwaltungshauptamt), w kwietniu 1942 r. wydzierżawiono cegielnię oraz gospodarstwo Werderhof, znajdujące się w pobliżu obozu. 27 kwietnia 1942 r. firma DEST (Deutsche Erd–und Steinwerke GmbH) przejęła na własność cegielnię Hopehill (Kamionek Wielki) oraz Reimannsfelde (Nadbrzeże). Przedsiębiorstwo DEST formalnie powstało pod koniec kwietnia 1938 r. i było właścicielem cegielni funkcjonujących w obozach koncentracyjnych Buchenwald, Neuengamme, a następnie w Sachsenhausen. Produkcja cegieł była przeznaczona na restrukturyzację Berlina, budowę autostrad, rozbudowę zakładów „Hermann-Göring-Werke”, rekonstrukcję mostów.

Po przejęciu cegielni działającej w pobliżu KL Stutthof, w obozie powstało komando Ziegelei, w którym w marcu 1943 r. pracowały 124 osoby, a maksymalne zatrudnienie wynosiło 150 więźniów. Od maja 1942 r. zaczął funkcjonować podobóz KL Stutthof (Aussenkommando) Hopehill, w którym początkowo pracowało 40 więźniów. Od lata 1943 r. podobóz ten został powiększony o drugą cegielnię w Reimannsfelde. W połączonych obu cegielniach maksymalny stan zatrudnienia wynosił 300 więźniów.

Praca w obozie Hopehill, wymagająca dużego wysiłki fizycznego, cieszyła się wśród więźniów złą sławą, gdyż kierowano ich tam w celu „wyniszczenia przez pracę”. Miało być to miejsce karnej pracy dla niektórych kategorii więźniów, których przed bramą wejściową witał napis „Arbeit adelt” (Praca uszlachetnia). Były więzień, Tadeusz Cieplik, pisze, że: W styczniu 1944 r. został skierowany do karnego podobozu w Hopehill i Reimannsfelde. […] Na skutek bardzo ciężkich warunków pracy i głodu śmiertelność wśród więźniów była dość duża. Co miesiąc następowały uzupełnienia nowymi więźniami. Średnio w miesiącu umierało 15 osób, a ok. 40 osób nie było już zdatnych do tych prac. […] Z chwila pobudowania baraków po okresie rocznym uruchomiono cegielnię w Reimannsfelde, już bardziej zmodernizowaną, były wózki keplerowskie, mechaniczna suszarka cegieł. Cegielnia w Hopehillu była bardziej prymitywna, wszystkie prace wykonywano ręcznie, stąd praca w tej cegielni była wyjątkowo ciężka dla osłabionych i stale głodnych więźniów. Cegła z cegielni w Hopehillu zawierała margiel i trzeba było ją topić w specjalnym basenie na ca. 30 minut. Następnie ładowano ja po 60 sztuk na taczki i składano na sztaple, skąd ładowano je na barki. Na barki wożono cegłę tylko taczkami i to po wąskiej desce nad wodą. Więźniowie tracili często równowagę i wpadali do wody. Niejednokrotnie sami esesmani dla zabawy wpychali więźniów do wody. Dzienna produkcja cegieł w Hopehillu wynosiła ca. 20 000 sztuk, zaś w Reimannsfelde ca. 50 000 sztuk. Generalnym odbiorcą cegieł była organizacja TODT. Do pracy wychodzono oddziałami, jak: kopacze gliny, obsługa pieców, transport, obsługa przy kolerze [koller – przyrząd do mieszania i ugniatania gliny], rzemieślnicy i inni. W Hopehillu suszenie cegieł odbywało się na wolnym powietrzu na deskach, w przewiewnych szopach…

 

 

 

W cegielni Hopehill pracowało trzech francuskich więźniów, wśród których był Jean Maitre, który opisuje jeszcze inny sposób załadunku cegieł na barki: Ładowałem także cegły na wodzie. Wagoniki zatrzymywały się na skraju stromego brzegu dochodzącego tam do kanału. Układaliśmy wtedy zsuwanie sięgające do łodzi. Dwóch ludzi odbierało cegły na końcu zsuwni i układało je w łodzi, a u góry trzeci więzień spuszczał je po dwie na dół.
Często załadunek cegieł przyczyniał się do utraty przez więźniów zdrowia: Podobna do tej praca polegała na ładowaniu cegieł na wagoniki (kiedy wsadziło rękę między zderzające się cegły mieliśmy zgniecione palce, albo schodziły nam paznokcie). Rozładowywaliśmy również wagoniki z węglem; trzeba było to robić bardzo szybko, aby opróżnione wagoniki mogły być natychmiast użyte gdzie indziej i aby w ten sposób, jak mówiły slogany „zapewnić zwycięstwo”. Zwalnialiśmy tempo pracy jak tylko mogliśmy, ale nie można było bardziej przeciągać z uwagi na groźbę bicia.

Wisiorek    Uboczną produkcją więźniów pracujących w cegielni były wypalane z gliny popielniczki, czasami ozdabiane napisami „KL Stutthof – Hopehill”, ale także wyroby z bursztynu. Bursztyn więźniowie znajdowali na tzw. „Lehmbergu” – gliniastej górce, z której wydobywano glinę do produkcji cegieł. Więźniowie wykonywali bursztynowe krzyżyki, serduszka, broszki, wisiorki o różnych kształtach. Do oszlifowania bursztynu służyły proste narzędzia i sposoby – kawałek włosiennicy, pilniczek do paznokci, scyzoryk, złamana igła do wiercenia otworków, a do polerowania służył stary pasek od spodni. Wyrobami obdarowywano grono najbliższych przyjaciół, a czasami esesmanów, czasami wymieniano produkty na papierosy, czy chleb.

W zbiorach Muzeum Stutthof znajduje się kilka popielniczek wypalonych w cegielniach, niektóre z napisem „Hopehill”, inne bez żadnych napisów, a także jeden z wykonanych w Hopehill bursztynowych wisiorków z inicjałami „JB” i JS”. Medalion ten wykonano dla więźnia Jana Breita, a przeznaczony był dla więźniarki Jadwigi Schulz.

Opracowano na podstawie:
Marek Orski, Hopehill. Filia obozu koncentracyjnego Stutthof w Nadbrzeżu 29 maja 1942 – 20 stycznia 1945, Gdańsk 1994;
Relacje i wspomnienia więźniów KL Stutthof, maszynopisy w archiwum Muzeum Stutthof )

 

http://www.stutthof.org/node/677

http://historia-wyzynaelblaska.pl/auszenstelle-hopehill.html

 

 

 

Zobacz: Pomnik w Nadbrzeżu


Co może soda?

Co może soda


Czy warto mieć lokalną walutę? Oczywiście!

Jest ich obecnie ponad 2500. Ostatnie dekady przyniosły ich ogromny rozwój. Waluty prywatne - lub jak je nazywają inni - waluty lokalne są coraz popularniejsze. Co ciekawe już w 2004 roku prezes FED Allan Greenspan stwierdził, że XXI wiek będzie stuleciem prywatnych, lokalnych walut. Co więcej z historii wynika, że tam gdzie spróbowano - choć na krótko - wprowadzić lokalną walutę, udało się zredukować bezrobocie, a lokalne społeczności szybciej się rozwijały. Dlaczego? Lokalna waluta "nie rdzewieje" w banku, zwykle jest w nieustannym obrocie, przez co aktywizuje ludzi.

 

1

 

 

 

Jak przypomina serwis glosulicy.pl, w 1920 r. górnicze miasteczko Schwanenkirchen w Niemczech wprowadziło środek płatniczy o nazwie Wära. Miasteczko przeżywało niebywałe problemy. Kopalni brakowało kapitału więc górnicy stracili pracę. Przeprowadzono więc eksperyment. Na próbę uruchomiono kopalnię, a górnikom płacono nie w niemieckich markach, a w Wärach. Kupowali za nie towary w lokalnych sklepach, sklepikarze płacili nimi hurtownikom, a ci producentom. Pieniądze ostatecznie wracały do kopalni. I choć w mieście nastał dobrobyt, to projekt został zablokowany przez władzę centralną.

Podobnie było w austriackim mieście Worgl. Burmistrz miasta pogrążonego w bezrobociu wprowadził do obiegu  szylinga Worgl. Kurs wobec oficjalnego szylinga usztywniono 1:1.

Na początek wyemitowano zaledwie 5 tys. Worgli. Posiadacz tego banknotu co miesiąc musiał udać się do urzędu po stosowny stempel płacąc za niego 1% wartości nominalnej banknotu. Każdy chciał się więc go pozbyć jak najszybciej.  "Zysk 1 proc." przeznaczano na likwidację biedy. Lokalna kopalnia wypłacała walutą pensje górnikom, którzy wydali je w okolicznych sklepach. Nawet rada miejska chcąc pozbyć się środków - nim stracą 1% - inwestowała je w prace publiczne. Obrót Worgli był 13 razy szybszy niż tradycyjnych szylingów. W ciągu kilku miesięcy znikło bezrobocie, a w miejskiej kasie - mimo inwestycji - zaczęły pojawiać się nadwyżki. System był tak skuteczny, że podobną drogą chciały pójść kolejne miasta. Jednak Centralny Bank Austrii, który bał się o swoją pozycję, szybko zlikwidował walutę, a burmistrza postawiono przed Trybunałem Konstytucyjnym. Zarzut? Wejście w kompetencje banku centralnego poprzez przyjmowanie należności podatkowych w szylingach Worlg. W ciągu 4 miesięcy od likwidacji waluty, sytuacja w mieście była równie dramatyczna jak wcześniej.

Jak dowodzą eksperci, zasadniczym minusem Worgli była ich utrata wartości (czyli inflacja), która faktycznie utrudniała oszczędzanie.

Jest jeszcze funt bristolski... To waluta wymieniana na funty szterlingi po kursie 1:1 po złożeniu stosownego depozytu. Nie są one legalnym środkiem płatniczym. System wymiany bazuje na powszechnej akceptacji lokalnej waluty. Tym co odróżnia funta bristolskiego od innych walut jest fakt, że w obiegu są także banknoty drukowane.

Inny przykład? W Szwajcarii powstała WIRtschaftsring-Genossenschaft, lokalna waluta, która też miała napędzać rozwój kraju. W przeciwieństwie jednak do innych rządów, Szwajcarzy nigdy nie zakwestionowali legalności działania WIR-u. Lokalni handlarze szwajcarscy do dziś rozliczają się poza rynkiem finansowym. W ten sposób rozlicza się co piąta firma w Szwajcarii i Lichtensteinie. Zdaniem specjalistów tak ogromny sukces WIRa spowodowany jest wyjątkową mentalnością Szwajcarów. Są oni po prostu bardzo mocno zintegrowani lokalnie.

Waluta radzi sobie tak dobrze, że w grudniu ubiegłego roku Bank Światowy oficjalnie zaakceptował przyznanie skrótu CHW jednostce monetarnej szwajcarskiego Banku WIR (Wirtschaftsring-Genossenschaft).

Obecnie najbardziej dynamicznie ruch walut lokalnych rozwija się w Stanach Zjednoczonych. W Europie na uwagę zasługują belgijski RES, duński ABSI i szkocki tBEX. W naszym regionie (Polska, Czechy, Słowacja) wspierana jest działalność BCI. W styczniu tego roku oficjalnie ruszyła też nowa polska waluta lokalna – Dobry.

 

Źródło:http://www.biztok.pl






Dziś Andrzejki

Według dawnych wierzeń noc świętego Andrzeja miała moc magiczną, pozwalającą zerknąć przez ramię w przyszłość. Dzień ten traktowano z powagą, wierzące kobiety modliły się o dobrych mężów, a wróżby andrzejkowe miały charakter wyłącznie matrymonialny i przeznaczone były dla niezamężnych dziewcząt. Dzisiaj Andrzejki to przede wszystkim zabawa. Mało kto wierzy w moc wróżb, które współcześnie przybrały formę dodatku do tanecznych zabaw. Są jednak tacy, dla których andrzejkowe wróżby to przede wszystkim tradycja. Zabawy i wróżby andrzejkowe odbywają się niemal w całej Europie. Jedna z legend głosi, że zapoczątkowały je praktyki stosowane w starożytnej Grecji. Nie wiadomo jednak do końca dlaczego, noc z 29 na 30 listopada uznano za dzień wróżb. Mówi się, że wraz z jesienią wszyscy niepewni swojej przyszłości chcieli ją poznać. Początkowo święto to było traktowane poważnie: ludzie chodzili do kościoła i modlili się. Kościół jednak nie akceptował Andrzejek, ale w polskiej tradycji zakorzeniły się one na stałe, przybierając formę zabaw i wróżb.

Lanie wosku, czy lanie wody?
Najbardziej znaną andrzejkową wróżbą jest lanie wosku. Wosk przelany do wody przez klucz symbolizuje poznanie tajemnic naszego życia i oczyszcza ze złej energii. Z powstałego na wodzie kształtu odczytujemy naszą przyszłość.

Gotowanie klusek czy miękkie kluchy?
Dziewczyny gotują kluski myśląc o ukochanym. Której kluska pierwsza wypłynie na wierzch, ta pierwsza wyjdzie za mąż za tego, o którym myślała.

Ale plama
Na kartkę papieru puszczamy kilka kropli atramentu, tworząc duży kleks. Następnie składamy kartkę na pół (przy kleksie) i interpretujemy powstały kształt. Najpopularniejszymi znakami powstałymi z kleksów są: motyl (oznaczający krótkotrwały romans), zarys twarzy (symbolizuje rywala), drzewo (pragnienie miłości, ale przez wysoko ustawioną poprzeczkę, nieprędko ją znajdziemy), kwiat (wielkie szczęście w obecnym związku), pojazd (miłość musi jeszcze poczekać), potwór (osoba, którą darzysz uczuciem nie jest z tobą szczera).

Wróżba wiśniowa czy gruszki na wierzbie?
Ścinamy kilka gałązek wiśni i wstawiamy do wazonu z wodą. Jeśli choć jedna gałązka wypuści listki na Boże Narodzenie, zapowiada się szybkie małżeństwo z wielkiej miłości.

Pójdziesz z butami
Dziewczyny ustawiają buty po lewej stronie nogi jeden za drugim w pokoju. Następnie ostatni but przestawiają na początek i tak w kołko, aż but jedNej z dziewczyn dotknie progu. Ta wtedy pierwsza wyjdzie za mąż.

Niedaleko pada jabłko od jabłoni
Należy obrać jabłko tak, aby powstała jedna cała obierka. Następnie rzucamy ją za siebie. Kształt obierki oznacza pierwszą literę imienia przyszłego męża.
 

 

Andrzejkowe serce
Z kolorowego papieru należy wyciąć serce. Na drugiej stronie napisać imiona dziewczyn lub chłopców, odwrócić serce i przekuć je igłą. Imię, w które trafimy będzie należało do naszego przyszłego ukochanego lub ukochanej.

Andrzejkowy pies

Uwaga! W tej wróżbie nie może brać udział właścicielka psa. Panny ustawiają się w kręgu, a każda trzyma w ręku kawałek kiełbasy. Ta dziewczyna pierwsza wyjdzie za mąż, od której pies zje kiełbasę. Znaczenie miało również, co pies zrobił z kiełbasą. Jeśli wyniósł ją z domu to ślub miał się odbyć w przeciągu najbliższego roku, jeśli zjadł kiełbasę na miejscu, to panna musiała jeszcze trochę poczekać.

Wróżenie z obierki
Każda dziewczyna dostaje nóż i jabłko. Należy obrać jabłko tak, aby powstała jedna długa obierka. Następnie dziewczęta rzucają je za siebie. Z kształtu obierki można odczytać pierwszą literę imienia przyszłego męża.




Elblag 777 Award

Elblag 777 Award


Epidemia otyłości - raport WHO

Epidemia otyłości - raport WHO


Estetyczna posesja, ogródek

konkurs ogródkowy





Gorączka jest dobra dla zdrowia

Gorączka jest dobra dla zdrowia


Green Day 2012

Green Day to niezwykle ciekawa akcja operatorska organizowana przez Fundacje WFF. W swoim pomyśle przypomina nieco Weekend Latarniany, ale ma oczywiście swoje oryginalne elementy. Akcja odbędzie się w drugi weekend czerwca, a tym razem jej organizatorem - z upoważnienia Fundacji WFF  - jest URFF (Ukraina).    


Grzyby, ach te grzyby

Grzyby, ach te grzyby



Jak żyć po ... dziewięćdziesiątce?

Mam prawie 92 lata. Kiedyś chorowałem dużo i miałem tego dość. Zacząłem w 1976 roku od tego, że w zimie do beczki nalałem wody i poczekałem, aż zamarznie. A następnie wlazłem do niej - mówi Antoni Huczyński, który podbija polski internet. Jak być zdrowym w jego wieku?



Jak się bawią dzieci na świecie

Jak się bawią dzieci na świecie


Jogurt - przepis na długowieczność

Jogurt - przepis na długowiczność


KGW Suchacz

 

Gotują, pieką i bawią się z pasją

 

Koło Gospodyń Wiejskich w Suchaczu

 


 Dokładnie nie wiadomo kiedy powstało Koło Gospodyń Wiejskich w Suchaczu. Mieszkańcy twierdzą, że było tu ... zawsze. Dawniej nikt nie przywiązywał uwagi do formalnej rejestracji. Taka była po prostu wola wiejskiej społeczności kobiecej. Dopiero w 1982 roku KGW w Polsce zaczęły działać w oparciu o zapisy ustawy o społeczno-zawodowych organizacjach rolników. Nawet wtedy w Suchaczu nie było potrzeby sformalizowania grupy. I tak działa do dziś - przynajmniej od lat pięćdziesiątych minionego wieku...

 

 

     Według relacji obecnych członkiń Koła, założycielką i następnie główną animatorką tej organizacji była nieżyjąca już dziś Stefania Chamczyk. Przy suchackim KGW działał już  wtedy zespół śpiewaczy "Kalinka", a gospodynie spędzały swój wolny czas na udziale w kursach gotowania, pieczenia i zajęciach krawieckich. Były to czasy największej świetności Koła, do dziś wspominane z odrobiną nostalgii.

 

     Dzisiejsze KGW działa według nieco nieco innej formuły. Chociaż funkcjonuje w innych warunkach społecznych, to nadal spełnia podobną - jak kiedyś - rolę we wsi. Teraz także główną specjalnością obecnego KGW jest gotowanie i pieczenie. Suchackie gospodynie robią to znakomicie. Na przykład ich pierogi znane są nie tylko w Suchaczu. Jadane były podczas wielu regionalnych i ogólnopolskich imprez, zawsze wzbudzając nieukrywany zachwyt smakoszy. Sporządzane są według jednej receptury, ale z różnym farszem, przez co smakują za każdym razem jednakowo - wyśmienicie. W kulinarnym repertuarze potraw mają oczywiście więcej dań. Poznać i posmakować je można przy każdej okazji. A jest ich każdego roku sporo. Koło uczestniczy we wszystkich imprezach organizowanych we wsi - tych dużych,  i tych małych. Stoiska KGW są każdorazowo oblegane przez smakoszy dobrego jadała i wspaniałych wypieków. No bo i ciasta jakie robią są nie do podrobienia przez żadną renomowaną cukiernię. Przede wszystkim są zdrowe, bo robione bez szkodliwych dla zdrowia tzw. tłuszczy twardych, powszechnie używanych w przemyśle cukierniczym. Gospodynie  z Suchacza stosują masło i oleje jadalne. Wyroby może nie mają wyłuzdanego wyglądu, ale jakże smakują! W końcu łakocie są do jedzenia, a nie oglądania...             

 

     Jak się nie trudno domyśleć działania miejscowego KGW nie sprowadzają się wyłącznie do gotowania i pieczenia. Spotkania są okazją do wymiany doświadczeń i zwyczajnych ... plotek, które w środowiskach wiejskich nadal pełnią zasadniczą rolę w obiegu informacji...

 

     Na uwagę zasługuje niedawana inicjatywa prowadzenia warsztatów kulinarnych dla dzieci i młodzieży. Może to mały krok w przygotowaniu przyszłej kadry członkiń KGW? Pomysł uznać należy za przedni i wart kontynuacji.  

 

     Przewodniczącą Koła jest Dorota Rynkiewicz, a w skład silnej grupy wchodzą: Barbara Iwko, Olga Wiącek, Marlena Szulc, Jolanta Grzebiela, Wiesława Kowalska (Sekretarz), Barbara Nowicka, Helena Literska (Skarbnik), Krystyna Suzinowicz (Zastępca Przewodniczącej).

 


Odrębny album fotograficzny Koła Gospodyń Wiejskich patrz: KGW Suchacz 

 

 

 

Sylwester M. Jarkiewicz


Kolej Nadzalewowa

Z kart historii - Kolej Nadzalewowa







Lekcja dla nas wszystkich

LEKCJA DLA NAS WSZYSTKICH

Taksówkarz z Nowego Jorku napisał:

 

 

Przyjechałem pod adres do klienta, i zatrąbiłem. Po odczekaniu kilku minut, zatrąbiłem ponownie. Był późny wieczór, pomyślałem że klient się rozmyślił i wrócę do "bazy"... ale zamiast tego zaparkowałem samochód, podszedłem do drzwi i zapukałem. "Minutkę!", odpowiedział wątły, starszy głos. Usłyszałem odgłos tak jakby coś było ciągnięte po podłodze... Po długiej przerwie, otworzyły się drzwi. Stała przede mną niska , na oko dziewięćdziesięcioletnia kobieta. Miała na sobie kolorową sukienkę i kapelusz z dopiętym welonem; wyglądała jak ktoś z filmu z lat czterdziestych. U Jej boku była mała nylonowa walizka. Mieszkanie wyglądało tak, jakby nikt nie mieszkał w nim od lat. Wszystkie meble przykryte były płachtami materiału. Nie było zegarów na ścianach, żadnych bibelotów ani naczyń na blacie. W rogu stało kartonowe pudło wypełnione zdjęciami i szkłem. "Czy mógłby Pan zanieść moją torbę do samochodu?", zapytała. Zabrałem walizkę do auta, po czym wróciłem aby pomóc kobiecie. Wzięła mnie za rękę i szliśmy powoli w stronę krawężnika. Trzymała mnie za ramię, dziękując mi za życzliwość. "To nic", powiedziałem, "Staram się traktować moich pasażerów w sposób, w jaki chciałbym aby traktowano moją mamę." "Och, jesteś takim dobrym chłopcem" , odrzekła. Kiedy wsiedliśmy do samochodu, dała mi adres, a potem zapytała: "Czy mógłbyś pojechać przez centrum miasta? "To nie jest najkrótsza droga", odpowiedziałem szybko, włączając licznik opłaty. "Och, nie mam nic przeciwko temu", powiedziała. "Nie spieszę się. Jestem w drodze do hospicjum." Spojrzałem w lusterko. Jej oczy lśniły. "Nie mam już nikogo z rodziny", mówiła łagodnym głosem. "Lekarz mówi, że nie zostało mi zbyt wiele..." Wyłączyłem licznik... "Którędy chce Pani jechać?" Przez kilka godzin jeździliśmy po mieście. Pokazała mi budynek, gdzie kiedyś pracowała jako operator windy. Jechaliśmy przez okolicę, w której żyli z mężem jako nowożeńcy. Poprosiła abym zatrzymał się przed magazynem meblowym który był niegdyś salą balową, gdzie chodziła tańczyć jako młoda dziewczyna. Czasami prosiła by zwolnić przy danym budynku lub skrzyżowaniu, i siedziała wpatrując się w ciemność, bez słowa. Gdy pierwsze promienie Słońca przełamały horyzont, powiedziała nagle "Jestem zmęczona. Jedźmy już proszę". Jechaliśmy w milczeniu pod wskazany adres. Był to był niski budynek z podjazdem, tak typowy dla domów opieki. Dwaj sanitariusze wyszli na zewnątrz gdy tylko zatrzymałem się na podjeździe. Musieli się jej spodziewać. Byli uprzejmi i troskliwi. Otworzyłem bagażnik i zaniosłem małą walizeczkę kobiety do drzwi. Ona sama została już usadzona na wózku inwalidzkim. "Ile jestem panu winna?" Spytała, sięgając do torebki. "Nic", odpowiedziałem. "Trzeba zarabiać na życie", zaoponowała. "Są inni pasażerowie," odparłem. I nie zastanawiając się kompletnie nad tym co robię, pochyliłem się i przytuliłem Ją. Objęła mnie mocno. "Dałeś staruszce małą chwilę radości", powiedziała. "Dziękuję". Uścisnąłem jej dłoń, a następnie wyszedłem w półmrok poranka. Za mną zamknęły się drzwi - był to dźwięk zamykanego Życia. Tego ranka nie zabierałem już żadnych pasażerów.Jeździłem bez celu, zagubiony w myślach. Co jeśli do kobiety wysłany zostałby nieuprzejmy kierowca, lub niecierpliwy aby zakończyć jego zmianę? Co gdybym nie podszedł do drzwi, lub zatrąbił tylko raz, a następnie odjechał? Myśląc o tym teraz, nie sądzę, abym zrobił coś ważniejszego w całym swoim życiu. Jesteśmy uzależnieni od poszukiwania emocjonujących zdarzeń i pięknych chwil,  którymi staramy się wypełnić nasze życia. Tymczasem Piękne Chwile mogą przydarzyć się nam zupełnie nieoczekiwanie, opakowane w to, co inni mogą nazwać rutyną. Nie przegapmy ich..


Śladami Mennonitów - konkurs fotograficzny

Śladami Mennonitów

konkurs fotograficzny

 

 

 

Charakterystycznymi i bardzo pięknymi budowlami jakie do dziś można spotkać w naszym regionie są budowle z okresu kolonizacji olenderskiej. To pozostałości po Mennonitach, którzy po prześladowaniach religijnych w Holandii, Szwajcarii, Morawach i obszarów leżących nad Renem zmuszeni zostali do opuszczenia swoich ojczyzn. Przyjaznym krajem były w tym czasie (ok. XVI wieku) m.in. Rzeczpospolita i Prusy Książęce. Oba kraje spustoszone były trwającą wiele lat wojną polsko-krzyżacką (1519-1521), co wymagało szybkiego zasiedlenia i zagospodarowania rozległych terenów. Mennonici okazali się doskonałymi gospodarzami. Wykorzystując otrzymane przywileje i wrodzoną organizację, świetnie poradzili sobie z warunkami, w jakich przyszło im żyć i pracować. Szczególne umiejętności posiadali w zakresie melioracji, doprowadzając otrzymane ziemie do niesłychanego rozkwitu. Do tego byli jeszcze ludźmi wolnymi, co dawało im wielkie poczucie przywiązania do nowej ojczyzny. Prowadzone gospodarstwa i rzemiosło stały na bardzo wysokim poziomie, dając ich gospodarzom – i pośrednio ówczesnej władzy państwowej – wymierne korzyści.

W celu upamiętnienia istniejących do dziś budowli mennonickich, w tym utrwalenia unikatowych form architektonicznych oraz pozostawionych wszelkich trwałych śladów ich obecności, Sekcja Historyczna Stowarzyszenia Suchacz TAKA Wieś organizuje konkurs fotograficzny pt. „Śladami Menonitów”.

 

 

 

regulamin konkursu 

 

 

Przedmiotem fotografii powinny być wszelkie ślady obecności Menonitów w naszym regionie, takie jak: domy, budynki gospodarcze, budowle hydrotechniczne, wiatraki, młyny, kościoły, cmentarze itp.   

 

 

1. Organizatorem konkursu jest Sekcja Historyczna Stowarzyszenia Suchacz TAKA Wieś właściciel witryny www.suchacz.eu - Suchacz, Królowej Marii 1a, 82-340 Tolkmicko.

 

2. Konkurs otwarty jest dla wszystkich fotografujących.

 

3. Każdy z autorów może nadesłać dowolną ilość fotografii wykonanych w 2012 roku.

 

4. Technika wykonania prac jest dowolna.

 

5. Prace należy nadsyłać jedynie pocztą elektroniczną przez Internet na adres: msj@post.pl

 

6. Każda z nadsyłanych fotografii powinna być w formacie JPG o wymiarach min 1200x1600 pikseli.

 

7. Na nadsyłanych fotografiach nie mogą znajdować się jakiekolwiek znaki, cyfry (np. daty).

 

8. W treści listu elektronicznego należy podać: tytuł pracy, imię i nazwisko, adres autora, telefon kontaktowy, komentarz do zdjęcia, nazwę fotografowanego obiektu, miejsce dokonania zdjęcia, oraz oświadczenie o posiadaniu praw autorskich do przesyłanych zdjęć oraz zgodę na przetwarzanie danych osobowych. Szczególnie dokładnie należy opisać miejsce usytuowania danego obiektu. Zalecane jest określenie położenia wg współrzędnych geograficznych wg systemu WGS-84 odczytanych z GPS. 

 

9. Przesłane pliki nie będą zwracane. Z chwilą nadesłania fotografie przechodzą na własność organizatora, który przejmuje prawa autorskie do nadesłanych prac.

 

10. Zdjęcia należy nadsyłać  w terminie do 15 stycznia 2013 r. Rozstrzygnięcie konkursu nastąpi 15 marca lutego 2013 r.

 

11. Oceny zdjęć dokona jury powołane przez organizatora. Decyzje jury są ostateczne.

 

12. Wszyscy laureaci zostaną powiadomieni o werdykcie jury.

 

13. Nagrodzone prace będą opublikowane na portalu www.suchacz.eu

 

14. Udział w konkursie jest jednoznaczny z nieodpłatnym udzieleniem prawa do nieodpłatnego wykorzystywania prac w następujących polach eksploatacji: druku w dowolnej liczbie publikacji i w dowolnym nakładzie, używania ich w Internecie oraz w innych formach utrwaleń, nadających się do rozpowszechniania.

 

15. Zwycięzca konkursu otrzyma nagrodę rzeczową oraz dyplom. Za miejsca 2-3 przyznane będą dyplomy.

 

16. Każdy uczestnik konkursu otrzyma pamiątkowy Certyfikat.

 

17. Nadesłanie prac oznacza akceptację warunków konkursu i regulaminu, którego ostateczna interpretacja należy do jury konkursu. Żadne odwołania nie zostaną uwzględnione.

 

18. Organizator zastrzega sobie prawo do przerwania lub odwołania konkursu.

 

19. Organizator nie odpowiada za żadne szkody powstałe w wyniku przygotowań do konkursu jak i samym w nim udziale.

 

20. Decyzje jury konkursu nie podlegają zaskarżeniu.



MDB

Mała Darmowa Biblioteka we Suchaczu




Najmniejsze kino na świecie

Najmniejsze kino na świecie


Nazwiska trzeba odmieniać!

- Ludzie mówią do siebie normalnie, język sztywnieje w oficjalnych dokumentach - mówi profesor Jan Miodek.
- Panie profesorze, dlaczego ludzie nie chcą odmieniać nazwisk?
- Krąży jakaś fałszywa opinia, że w tekstach oficjalnych nazwisk się nie odmienia. Bo w życiu codziennym, w mowie żywej nie jest źle. Ludzie chodzą do Nowaka, przyglądają się Nowakowi, podchodzą do Widery, Pietraszki i Widerze albo Pietraszce coś dają. Ale jak teraz trzeba temu Nowakowi, Widerze albo Pietraszce dać dyplom, nagle następuje jakieś zdumiewające usztywnienie postaw gramatycznych i dyplom uznania jest "dla Jana Nowak”. Ja to widzę na dyplomach, ja to widzę w dedykacjach uczniowskich, ja to widzę i słyszę w intencjach mszalnych!

- W kościele na każdej mszy odczytywane są nazwiska w intencjach, z reguły nieodmienione.
- Ja kiedyś usłyszałem, że to jest msza koncelebrowana: jedna intencja w 10. rocznicę śmierci Jana Kowalczyka, a druga w 5. rocznicę śmierci Stanisława Pawełczyk. Ja wiem, skąd się to wzięło. Rodzina tego pierwszego na kartce z intencją po ludzku to nazwisko odmieniła, druga podyktowała proboszczowi formę nieodmienioną.

- Proboszcz mógł poprawić na ambonie, ale zazwyczaj nazwiska w intencjach są nieodmienione.
- Ja się raz na kolędzie zapytałem księdza, dlaczego to tak wygląda w kościele. Proboszcz mi odpowiedział, że ludzie się obrażają, jak nazwiska są odmienione. No, ja tego pojąć nie mogę!
- Nazwisk nie odmieniają także niektórzy nauczyciele.
- W zeszłym tygodniu dowiedziałem się, jak to jedna nauczycielka powiedziała, że nie należy odmieniać nazwisk znaczących. Trudno mi było zachować spokój, bo nie ma ani jednego nazwiska etymologicznie nieznaczącego! I Miodek, i Nossol, i Bednorz, i Tkocz, i Kowalski, i Potocki to są nazwiska znaczące. Etymologia niektórych nazwisk może być co najwyżej zatarta, ale ono na pewno coś znaczyło.

- A nazwiska obce?
- Też się odmieniają, zwłaszcza te, które takiej prostej odmianie podlegają: Smith-Smitha-Smithowi, Kennedy-Kennedy'ego-Kennedy'emu, Chirac-Chiraca-Chiracowi itd.

- Pisaliśmy o jubileuszach złotych godów. Jeden z Czytelników zapytał mnie, czy pytałem pary małżeńskie o zgodę na odmienianie ich nazwisk.
- Mój Boże kochany! Wiadomo, że jest 50-lecie małżeństwa państwa Nowaków, chociaż oczywiście 95 procent ludzi napisze w oficjalnym tekście, że to złote gody "państwa Nowak”. To jest błąd!

- Ale największy kłopot jest w tym, że wiele osób nie życzy sobie odmieniania ich nazwiska.
- Genialny matematyk i świetny aforysta Hugo Steinhaus powiedział takim, którzy nie życzyli sobie odmieniania ich nazwiska: "Pan jest właścicielem swojego nazwiska tylko w mianowniku liczby pojedynczej. Pozostałymi przypadkami rządzi gramatyka!”. To tak samo, jakbym ja zażyczył sobie, że w telewizji ma być plansza "Był to program pana Miodek”. To jest przecież nonsensowna prośba! Przypominam wszystkim – w języku polskim nazwiska należy odmieniać.

Autor: Mirosław Dragon

nto.pl


Nomofobia - chorobliwe przywiązanie

Nomofobia - chorobliwe przywiązanie


Obrzędy i wierzenia wigilijne

Obrzędy i wierzenia wigilijne dawnej wsi polskiej
Kultura i tradycje ludowe




Ostatnie chwile wojny na Mierzei Wiślanej

Tomasz Gliniecki

Tak wyglądały ostatnie chwile wojny na Mierzei

U ujścia Wisły i na mierzei II wojna światowa zakończyła się później, niż w Berlinie. Opóźnieniu zakończenia walk winne były inaczej ustawione zegarki i wzajemna nienawiść. Wcześniej, na tym skrawku lądu między wodami morza i zalewu, przez trzy miesiące trwały ciężkie walki. Dziesiątki tysięcy niemieckich żołnierzy biły się tu dla osłony ewakuacji ludności cywilnej i dla szansy własnego odwrotu. Sowieci atakowali ich bez pardonu aż do 9 maja 1945 roku.

 

 

 

 

Fotografia 1

Udało mi się zlokalizować w archiwach dzisiejszej Rosji dwie serie zdjęć z poddania się jednostek niemieckich z mierzei. Część jednej z nich chcę tu pokazać jako namacalny dowód bliskości wojny w miejscu, gdzie dziś chętnie wypoczywamy na plażach. Wykonane przez Michaiła Sawina, zaczerpnięte zostały z waralbumu. Z kilkunastu wybieram kilka ujęć. Na początek jedna z fotek, pokazujących rozmowy o warunkach poddania części oddziałów. Tak wynika z opisu, jaki mają foty w archiwum. Na zdjęciu uchwycony jest tylko jeden sowiecki oficer w otoczeniu kilku Niemców. Kolumny żołnierzy stoją po obu stronach leśnej drogi. Jest w tym zdjęciu coś nieznośnie ciekawego, co sugeruje, że sytuacja nie była aranżowana do wykonania zdjęć - Sowieci nie zostawiliby jeńcom broni. Tymczasem, niemieccy oficerowie mają przypasaną broń osobistą. Obrócony tyłem major w skórzanym płaszczu ma i kaburę od pistoletu, i bagnet szturmowy. Pistolet, bo widać, że kabura nie jest pusta, ma też oficer niemiecki stojący najbardziej na prawo. On też podpowiedział mi, że zdjęcia mogły być robione w momencie poddawania się ostatnich, zdziesiątkowanych oddziałów Dywizji Grenadierów Pancernych Grossdeutschland, która walczyła wcześniej i osłaniała odwrót innych jednostek z Pillau (Piławy). Elitarna dywizja grenadierska Wehrmachtu wycofała się na Frisches Nehrung (Mierzeję Wiślaną) bez sprzętu, wykorzystując do przepłynięcia na mierzeję wszystko, na czym dało się płynąć - włącznie z drzwiami okolicznych stodół. Około tysiąca z nich ewakuowało się dalej - na Halbinsel Hela (Hel), ale część została. Myślę, że właśnie oddają się do niewoli. Skąd taka myśl? Z opaski dywizyjnej na rękawie munduru - ma on na niej wyhaftowany znak przynależności do najlepiej niegdyś wyposażonej dywizji niemieckich wojsk lądowych. Może dlatego oficerowie mają jeszcze broń - w uznaniu za ich odwagę i waleczność. W momencie kapitulacji Sowieci mogli sobie pozwolić na taki chwilowy, rycerski gest.

 

Obrazy: fot1.jpg  

 

 

 

 

 

 

Fotografia 2
Tymczasem, stojący obok major jest i na kolejnym zdjęciu. Teraz jest odwrotnie, czyli tylko jeden niemiecki oficer w towarzystwie kilku Sowietów. Zaś krajobraz zupełnie inny, bo zamiast rzędów oddających się do niewoli niemieckich żołnierzy, mamy kolumnę wozów taborowych. Nie wiadomo, czyje były niedawno, w każdym razie teraz są na nich czerwonoarmiści. Więc albo to ich wozy, albo przechwycone zapasy niedawnych obrońców mierzei. Dwóch z tych ludzi widzieliśmy już na poprzednim zdjęciu. Jednym z nich jest niemiecki major, który był tam ustawiony profilem do fotoreportera. Jest w towarzystwie będącego po prawej oficera sowieckiego, który prowadził rozmowę na poprzedniej fotce. Choć tak naprawdę nie wiem, jaka była kolejność wykonywania tych zdjęć, po ich numeracji wnoszę, że taka, jak i ja je umieszczam. Na pewno zaś obaj oficerowie są parlamentariuszami. Teraz rozmówcami Niemca są stojący po lewej stronie dwaj wyżsi oficerowie - będący bliżej jest podpułkownikiem Armii Czerwonej. Być może teraz major ma wrócić i zanieść współtowarzyszom warunki kapitulacyjne.

 

Obrazy: fot2.jpg

 

 

 

 

 

 

 

 

Fotografia 3
Jeszcze wczoraj walczyli. Oberleutnant Hans Schäufler z 4 Panzer-Division wspomina: "Na szerokim na około 800 metrów pasku lądu, bębnili wciąż sowieci ze swojej lekkiej artylerii, ochrzczonej przez naszych "grzmiącą grzechotką", ponieważ słychać było jak te małe armatki strzelają. Tuziny salw armatnich zwanych „organami Stalina", setki pocisków z moździerzy wszelkich kalibrów, biły z niewielkiej odległości w mierzeję, a my nie mogliśmy nic na to poradzić. Przez Zalew Wiślany strzelały jakieś ciężkie działa - około 12,5 cm średnicy, na wprost. Z morza, w regularnych odstępach czasu, radzieckie łodzie artyleryjskie. Niezliczone, wrogie czołgi - T-34, Józef Stalin, amerykańskie Shermany, działa samobieżne o wzmocnionym opancerzeniu, nazywane "taranującymi kozłami", czyniły nasze życie bardzo ciężkim." Jeśli wierzyć opisowi zdjęcia, na pojazdach jadą oddać się do niewoli żołnierze tej właśnie - 4. Dywizji Pancernej. Dwaj oficerowie sowieccy przygladają się rozbrojeniu. To chyba ci sami dwaj, którzy na poprzednim zdjęciu pertraktowali z niemieckim majorem. Niemcy są już bez broni ręcznej. Jadą, korzystając z transportu wozów pancernych, do punktu zbornego. Obsiedli, w ilu się dało, korpusy "pancerów", by nie iść pieszo piaszczystą drogą. Załogi pancerne jadą zdać sprzęt. Właśnie - ci w ciemnych mundurach to też pancerniacy, a nie esesmani. Wojska pancerne miały też na patkach kołnierza trupią czaszkę, ale o zupełnie innym kroju. Często jednak to podobieństwo było przekleństwem pancerniaków - brani za żołnierzy SS byli nie raz rozstrzeliwani bez sądu.

 

Obrazy: fot3.jpg

 

 

 

 

 

 

 

 

Fotografia 4
I może przy okazji dwa słowa wyjaśnienia z datami. 7 maja w Reims Niemcy podpisali przed sojusznikami akt bezwarunkowej kapitulacji. Ceremonię podpisania kapitulacji powtórzono 8 maja w Berlinie, by Sowieci mieli w nim odpowiednią rangę w reprezentacji marszałka Żukowa (i wiadomo, kto miał być zwycięzcą na fotografiach i w kronikach filmowych!). Walki miały ustać 8 maja. W dokumencie kapitulacyjnym ujęto to dosłownie tak:
"Niemieckie Naczelne Dowództwo zobowiązuje się do wydania rozkazów dla dowódców wszystkich sił lądowych, morskich i powietrznych znajdujących się pod kontrolą III Rzeszy Niemieckiej, aby przerwali akcje zbrojne do godziny 23:01 czasu Środkowo-Europejskiego dnia 8 maja 1945 roku, aby pozostali na swoich pozycjach i rozbroili się, składając broń do najbliższego Dowództwa armii sprzymierzonych albo oficerów wyznaczonych na Reprezentantów Dowództwa Armii Sprzymierzonych. Żaden okręt, czołg, samolot i inne uzbrojenie nie może być zniszczone, ani uszkodzone. Dotyczy to również aparatury radiowej, narzędzi, amunicji i każdej innej maszyny służącej armiom III Rzeszy Niemieckiej." Oberleutnant Manfred Nase, dowódca kompanii z 12 Panzergrenadier Regiment zapamiętał te chwile na mierzei:
„Kiedy około godziny 23.00 major von Heyden, dowódca naszego pułku, otworzył zalakowaną kopertę, mieliśmy już czarno na białym dowód, że nasz los został ostatecznie przypieczętowany. Dla większości naszych ludzi oznaczało to sowiecką niewolę, jeśli nie bezsensowną śmierć.” Być może inny oddział z mierzei uchwycił Michał Iwanowicz na zdjęciu następnego poranka, kiedy niemieccy żołnierze – już jako jeńcy – idą kolumną bez broni. Ci ze zdjęcia należeli bowiem do wojsk powietrznych Luftwaffe – może to być obsługa dział przeciwlotniczych lub personel jedynego na mierzei lotniska wojskowego – Neutief.

 

Obrazy: fot4.jpg

 

 

 

 

 

 

 

Fotografia 5
Kolejne zdjęcie Sawina to pięknie skadrowana scena z ostatnich dni walk o mierzeję. Oczywiście, Sowieci znów musieli robić wszystko po swojemu - u nich obowiązywał czas nie środkowoeuropejski, lecz moskiewski – przesunięty o dwie godziny do przodu. A to oznacza, że zakończyli działania według swojego czasu nie 8, lecz 9 maja. Ten wieczór wspomina starszy sierżant Nikołaj Małowickij, walczący w oddziałach 48 Armii, uczestnik desantu na Frisches Nehrung, który zaczął się 26 kwietnia i spychał Niemców ku nasadzie "kosy". Jak wynika z opowieści, obie strony miały inaczej ustawione zegarki.
"Przed wieczorem wystrzały zaczęły cichnąć. Ale około dziesiątej zaczęła się taka kanonada! Z naszej strony doszli widać do wniosku, że na koniec trzeba frycom solidnie przyładować. A tamtym, jak sądzę, chciało się, póki jeszcze można, wyrzucić z siebie złość z powodu szybkiego i niesławnego końca "tysiącletniej rzeszy". Odpowiedzieli ogniem i walili do nas ze wszelkiej broni, jaką tam posiadali, nie żałując już nabojów. Wiecie, byłem na foncie od września 1943 roku, ale takiej nawały ogniowej nigdy wcześniej nie widziałem. Z naszej strony strzelanina zakończyła się o 23.00. Z tamtej strony przestali około północy. I gdy ucichły, na koniec, wszystkie działa, w uszach pojawiła się dzwoniąca cisza. A potem, ogłuchli od wystrzałów, po kolei usłyszeliśmy: szum wiatru w lesie, plusk morskich fal..."

 

Obrazy: fot5.jpg

 

 

 

 

 

 

 

Fotografia 6
 Michaił Iwanowicz Sawin. Sowiecki fotoreporter. Rocznik 1915. Zmarł w 2006 roku. Przeszedł z aparatem fotograficznym całą wojnę. Najpierw jako korespondent "Krasnoarmiejskiej Prawdy". Potem pracował dla "Ogonioka". W 1943 r. za zdjęcia z wyzwolenia Smoleńska dostał medal "Za odwagę", a po walkach w 1945 r., więc również za fotki z mierzei Frisches Nehrung przypiął do munduru medal "Za zwycięstwo nad Niemcami". Miał też Sawin niezłe poczucie humoru jak widać na zdjeciu, skoro dał się sfotografować pod tablicą dla odważnych - "Kto śmiały, ten cały".

 

Obrazy: fot6.jpg



Pies. Przyjaciel czy wróg?

Pies

Przyjaciel czy wróg?


Wygenerowano w sekund: 0.12
30,266,072 unikalne wizyty